• warsztaty REFA
  • Ira Goldstein
  • encyklika
  • Boska ziemia
  • Cytat Franciszek
  • REFA zaprasza na warsztaty ekologii integralnej w Puszczykowie w Wielkopolskim Parku Narodowym oraz w Anielskich Ogrodach blisko Zielonej Góry!
  • Ekologia w Kościele - poznaj wyniki ankiety REFA!
  • Ekologia to ważna część nauczania Kościoła – wywiad KAI z o. Stanisławem Jaromi
  • Zielone Słowa BOSKIEJ ZIEMI.To przewodnik porządkujący wzajemne relacje Kościoła katolickiego z tematyką ochrony przyrody, środowiska, klimatu i ekologii.
  • Papieski plan na zmartwychwstanie po pandemii. Potrzebne jest zjednoczenie całej rodziny ludzkiej w poszukiwaniu zrównoważonego i integralnego rozwoju.

boat

Kolejny ekofelieton Piotra Wojciechowskiego dotyczy istotnej kwestii – roli, jaką każdy z nas ma do spełnienia we współczesnym świecie. Autor przytacza przykłady ważnych problemów dzisiejszych czasów – niedawny wybuch w porcie w Bejrucie, pożar obozu uchodźców na greckiej wyspie, światowe zagrożenie rolnictwa przez wymieranie pszczół. Czy my, zwykli obywatele, będący z dala od decydentów, jesteśmy bezsilni wobec tego, co dzieje się wokół nas? REFA zachęca do lektury tekstu pokazującego, że nawet małe czyny nie są bez znaczenia.

 

Myślę o tym, jaki może być pożytek z tych pisanych od ćwierć wieku felietonów ekologicznych. Nie czyta ich ani premier, ani minister środowiska, ani minister oświaty. A ja muszę pisać o zagrożeniach i nadziejach dotyczących spraw o krajowym zasięgu, często o zasięgu planetarnym. Może przydałoby się, aby czytali te felietony prezesi globalnych spółek, sieci internetowych, a także szefowie wielkich organizacji powołanych przez ONZ, jak zajmująca się zdrowiem WHO czy żywnością FAO. Ale nie, tam nie docieram. Piszę jednak, co ma być napisane, wierzę bowiem w cudowną moc słowa, w ludzi dobrej woli. Wierzę także w Opatrzność, która potrzebuje współpracowników wśród podejmujących ważne role społeczne, ale także wśród tych, którzy czasem czują, że nie są ważni, mają się za słabych, osamotnionych, dalekich od struktur władzy. To nie jest rzucanie słów na wiatr ani walenie głową w mur – to są krople zbierające się w strumyczki, tworzące razem nurt, który ruszy z miejsca głazy, zmieni brzegi, przyniesie zmiany. Ludzie jeszcze potrafią rozmawiać o rzeczach ważnych, dzielić się myślami, umawiać się na wspólne działanie. A są jeszcze i tacy, którzy się modlą, pozwalają, aby ich przemieniały słowa modlitw.

To, co aktualne – był wybuch w porcie w Bejrucie, pożar w obozie uchodźców na greckiej wyspie, trwa światowe zagrożenie rolnictwa przez wymieranie pszczół. Dumny jestem z tego, że Polska pośpieszyła z pomocą Libanowi – jest na miejscu grupa ratowników, lekarze, misja humanitarna. Kropla w morzu potrzeb, ale jakże potrzebna. Za mało jednak mówi się o przyczynach wybuchu, o serii sztuczek prawnych i urzędniczych zaniedbań. Rosjanin z Cypru, właściciel statku, który siedem lat temu przywiózł saletrę amonową do Bejrutu, i drugi Rosjanin, kapitan tego statku, porzucili okręt i jego ładunek bez żadnych skutków prawnych. Urzędnicy na miejscu okazali się bezradni i niekompetentni. Ładunek śmierci czekał, aż wybuchł. Można być pewnym, że podobne groźne substancje zmagazynowano w wielu portach świata, że czekają swojego czasu tony amunicji, gazów bojowych, ładunków z bronią bakteriologiczną. Ludzie na całym świecie nie są świadomi, w jakiej odległości od ich domów mogą się znajdować takie magazyny. Dlatego tak potrzebna jest instytucja o światowym zasięgu, która mogłaby kontrolować rynek niebezpiecznych substancji chemicznych, rynek broni i amunicji. Jednocześnie jednak wiadomo, że istnienie takiej organizacji utrudniłoby zdobywanie maksymalnych zysków producentom i handlowcom. Społeczność światowa jest jeszcze za słaba, aby doprowadzić do jakiejkolwiek przejrzystej kontroli nad towarami, które mogą przynieść nieszczęścia na miarę zniszczeń w Bejrucie. Ale o zmianach, które są potrzebne, trzeba mówić – wspominać o nich cierpliwie politykom, parlamentarzystom, samorządowcom.

Drugim – wzmiankowanym już wyżej – problemem ekologicznym o globalnym zasięgu jest wymieranie pszczół. To nieustanny problem także polskich pszczelarzy. Duże pasieki mogą sobie pozwolić na bardziej nowoczesne środki ochrony i leczenia pszczół, potrzebują jednak większych powierzchni, tak zwanych pożytków – czyli upraw kwitnących. A do tego zachodzi efekt, jaki obserwujemy ostatnio w społecznościach ludzkich – wielkie skupiska osobników łatwiej przenoszą zarażenia, rozprzestrzeniają choroby. Zmiany cywilizacyjne przynoszą coraz większą chemizację rolnictwa i lasów, większe nasycenie atmosfery i roślinności nowymi związkami chemicznymi, pierwiastkami, wiązkami promieniowania. Pszczoły muszą żyć w zmienionym środowisku, tracą odporność, chorują, wymierają. To przynosi wielkie kłopoty nam, ludziom. Lubimy miód, chętnie leczymy się propolisem. Ale obecność pszczół w naszym środowisku to nie tylko miód. Pszczoły odpracowują 90% całego zapylania roślin. Bez tej roboty rolnictwo upada, żywność drożeje, potem może przyjść niedostatek, głód zajrzy w oczy. Dlatego druga globalna sprawa, która musi być tematem rozmów, kazań kościelnych, lekcji szkolnych, publicystyki, to ratowanie pszczół. I znowu widzimy, jakiej skali zmian potrzeba, jak wielkie potęgi muszą podjąć decyzje, uruchomić działania o planetarnym zasięgu. Unia Europejska zabroniła już używania najbardziej szkodliwych środków ochrony roślin, ale ten zakaz jest omijany. Trzeba dalszych zmian, trzeba wszędzie zmieniać mapę zasiewów. Pszczoły giną tam, gdzie występują wielkoobszarowe uprawy. Tam, gdzie grunty małych gospodarstw dzielą miedze, pszczoły mają się lepiej. Na miedzach jest dużo kwitnących chwastów, to się przydaje zapylającym owadom. Czy jednak my, obywatele mający daleko do decydentów, nie jesteśmy bezsilni? Tak jak w przypadku składów z szybką śmiercią trzeba w sprawie zagłady pszczół skończyć z przemilczaniem zła. Wołać za życiem, przeciw zagrożeniom. Niech nie powiedzą – nie ma sprawy. Bo sprawa jest. W kwestii ochrony pszczół i innych zapylających owadów trzeba więcej wiedzieć, uczyć się o tym. Działać na rzecz tych małych braci, którzy dają miód na stoły, a woskowe świece na ołtarze. Wszędzie – w miastach, miasteczkach, po wsiach siać kwiaty, kwiaty miododajne. Sadzić lipy i akacje. Popierać hobbystów z powodzeniem zakładających pasieki na dachach domów, hoteli, wieżowców biurowych. A co nie mniej ważne – uprzedzając kłopoty z wyżywieniem, trzeba systematycznie zmniejszać ilość żywności, która trafia do kubłów na odpadki, skończyć z pieczywem na wysypiskach. Od przedszkola uczyć szacunku do chleba, do żywności, a dzieciom przygotowywanym do I Komunii Świętej wpoić pamięć o chlebie stającym się ciałem Boga. W konfesjonale zadawać pytania o gospodarowanie żywnością, o dzielenie się z tymi, którzy mają mniej. 

Jesteśmy po wyborach, w kampanii nasłuchaliśmy się wielkich słów o ojczyźnie, historii, Europie i rodzinie . Takich słów zapominać nie wolno, ale przyszedł inny czas, wcale jednak nie ten spokojny, którego mieliśmy prawo spodziewać się na czas wakacji i potem. Pandemia trzyma nas w szachu, niejednej i niejednemu namieszała w życiowych planach. Nauczmy się – w imię tych wielkich słów – dzień po dniu rozwiązywać nasze życiowe sprawy zgodnie z sumieniem i Bożym prawem – pracowicie, pogodnie, cierpliwie. Nawet gdy nie nam przypadła dziejowa rola sterniczek i sterników, nie musimy być biernymi pasażerkami i pasażerami. Przecież wiosłujemy w dobrą stronę – a zgodna praca wioślarek i wioślarzy utrzymuje w ruchu to, co się górnolotnie nazywa „nawą państwową”. Próbujmy, mimo podziałów, które nam zostawiły kampanie wyborcze, zgodnie machać naszymi wiosłami.

Piotr Wojciechowski

1000 Characters left